piątek, 9 września 2011

Bolaven Platau - w poszukiwaniu kubka kawy

Do Pakse przyjechałyśmy dość sprawnie. Miasteczko ot takie sobie. Jest klimatyczne, niedrogie miejsce do spania. Jest market, by się najeść. Dobra baza wypadowa w przyrodniczo-etniczne cuda Bolaven Platau. Okolica wyżynna, przeorana wąwozami pokrytymi gęstą dżunglą, przez którą przebijają się jeszcze malownicze wodospady. Francuzi wprowadzili tu dodatkowo uprawę kawy. Liczne plantacje otaczają tutejsze spokojne wioski.

środa, 7 września 2011

Don Det - laotańskie lenistwo w hamaku


Wyspa, wyspa,wyspa... palmy, bungalow, hamak, szum Mekongu, lenistwo. Całyyy dzień bujania się w hamaku, a na koniec Lao beer w barze 4000 islands na poduszkach.
Warto przejść się ścieżką wzdłuż brzegu Sunrise wśród knajpek, bungalowów, pól ryżowych. Na drugą wyspę Don Khon łatwo się dostać przez most. Można zobaczyć największe wodospady (pod względem ilości wody) na Mekongu w Azji płd-wschodniej - robią wrażenie zwłaszcza w porze deszczowej.

niedziela, 4 września 2011

Kambodza praktycznie

Średnie wydatki podczas 14 dni pobytu: ok. 13 euro /dzien; zycie jest ogolnie tanie i tylko bilet do angkor wat podbija wydatki dzienne przy tak krotkim pobycie
Waluta 1$ - 4000 rieli, w obiegu są i dolary i riele, bankomaty wypłacają tylko dolary, nie ma dodatkowej opłaty w canadian bank, w innych bankomatach 4$, opłaca się płacić w dolarach za noclegi, bilety wstępu i transport, za jedzenie i drobne rzeczy w rielach, chociaż i tak dostanie się resztę z dolara w lokalnej walucie. Walute mozna wymienic wszedzie. glownie u jubilerow.
Język kambodżański, angielski.
Wiza: na granicy, koszt 20$ + 2$ "ekstra dla" + jedno zdjęcie
Połączenia z Kambodży do Polski: na telefon domowy 0,3$ za minutę, a na komórkę 0,4$

sobota, 3 września 2011

Przekraczanie granicy według laotańsko-kambodzanskich scamów

Po prostu mozna wyjsc z siebie! Ta granica to nawet nie scam ale wymuszenie!coz! nic na to nie mozna poradzic. Zacznijmy od poczatku. Z Ban lung wyjechałyśmy z rana, około 8, marna droga, ubita rudawa ziemia, przed Stung Treng pojawił się asfalt. Na miejscu dowiedziałyśmy się, że bus do Laosu, na wyspę Don det będzie dopiero o 15, ponad 3 godziny czekania, buuuu. No cóż, dla zabicia czasu poszłyśmy na pobliski targ, można kupić wszystko: ubrania, jedzenie i biżuterię ze złota, mnóstwo małych warsztatów, a w każdym powstają drogocenne cudeńka ;-)), nie na naszą kieszeń.

czwartek, 1 września 2011

Ban Lung - na końcu Kambodży

Wsiadłyśmy z Magdą do autobusu o godzinie 5.30 rano - po prostu wariactwo. Po prawie 12 godzinach i przejechaniu prawie całej Kambodży; rzucając okiem chwile na Mekong przy Kratie, okoliczne pola ryżowe i dżungle w końcu dojeżdżamy do prowincji Ratanakiri gdzieś na północno-wschodnim krańcu państwa. Jak zwykle szybkim rzutem na taśmę zostajemy porwane przez dwóch lokalsów na motorach do taniego aczkolwiek wypasionego hotelu.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Angkor- jak Indiana Jones na rowerze

Nie trzeba chyba nikomu mówić co to jest, więc przejdźmy do sedna. Właśnie dla tego miejsca ludzie przyjeżdżają do Siem Riep, a stąd już tylko wypożyczyć rowerek za 1$ by po ok. 20 minutach znaleźć się przy pierwszej i najsłynniejszej świątyni kompleksu Angkor Wat. Oczywiście jest parę innych opcji: tysiące tuk tuków, motocykli i wycieczek, ale ja wybrałam rower.

Siem Reap - backpackerska rozpusta!

Do miasta dostałam się łodzią z Battambang, droga - znaczy rzeka - wiodła przez zielone podmokłe tereny, wąskie kanały, pływające wioski i domki na palach. Z każdej strony machały radośnie dzieciaki. Jednym słowem cudo! A teraz w mieście siedzę już dobre parę dni i nie chce mi się wyjeżdżać. Centrum miasta to typowa oaza rozpusty dla backpackera.
Tanie hoteliki, mnóstwo barów i knajpek z piwkiem za pół dolara. Markety z wszystkim i niczym, masaże za dolara. Od piątej otwierają nocny market z jedzeniem, gdzie jest jeszcze taniej i pyszniej. Ogólnie można się tu rozbestwić.

środa, 24 sierpnia 2011

Battambang - jak w bajce

Jeśli już mówiłam, że ludzie w Kambodży są przemili, to tak naprawdę nic! Dopiero tu można poczuć prawdziwą życzliwość. Miasteczko samo w sobie jest urocze. Kolonialne budynki przeplatają się z wieloma buddyjskimi świątyniami, które przypominają bajkowe pałace. Porankami natrafić można na grupy zbierających jałmużnę mnichów. A wieczorem idąc wzdłuż bulwaru nad rzeką można dojść do targu nocnego i rozkoszować się pysznym jedzeniem i tanim ciemnym piwkiem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Phnom Penh -zlote swiatynie przy francuskim winie



Miasto kontrastów, które zadziwia i szokuje od pierwszego rzutu okiem. I za każdym spojrzeniem jest tylko lepiej. Pierwsze kroki w nowym kraju i już czuje się różnicę. Ludzie są przemili, po prostu od razu łapią za serce, pomijając fakt że szybciej niż Wietnamczycy rozumieją słowo nie. Tutaj każdy się uśmiechnie, pomoże, czasem zaczepi, by po prostu pogadać. Hotel znaleźliśmy szybko akurat we czwórkę ugadaliśmy się na łodzi z Wietnamu i wszyscy skorzystaliśmy z free pickupu, który miał jeden z towarzyszy. :)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wietnam praktycznie

Waluta: 1 vnd - wietnamski dong, 1$ - 20500 dongów, 1 euro - 29630 dongów
Jezyk: wietnamski, angielski działa jak najbardziej, no chyba że nie chcą nas zrozumieć, to wiadomo jak wtedy jest - nagle nie kumają
O wszystko trzeba się targować, niestety włącznie z jedzeniem
Średnie wydatki w ciagu 20 dni pobytu  na 1 dzień na osobę: ok. 11,2 euro + koszt wizy