sobota, 18 lutego 2012
Karnawałowo–urodzinowo-diabelsko! Feliz cumpleanos!
piątek, 17 lutego 2012
Quebrada de Humahuaca - w kolorach tęczy
My wciąż żyjemy w beztroskim karnawałowym braku odpowiedzialności :) Robimy co nam przyjdzie do głowy bez dłuższego zastanawiania się i zobaczymy co nam diabeł przyniesie. Pojechaliśmy na północ pośród małe wioski w celu odkrywania lokalnych tradycji. Bus znowu pachnie liśćmi koki a klimat Karnawału udziela się wszystkim. Na jednym z przystanków rozpoczęła się wojna na pianę. To taki tutejsza karnawałowa zabawa. Każdy zaopatrzony jest w puszkę z pianą i kogo zrobimy w bałwana! :) Ogólnie - jest wesoło podróżować z diabłem na ramieniu. Koka ma niby pomóc w aklimatyzacji do dużych wysokości, pomaga na ból głowy. Ssanie liści, bo liście się bardziej ssie niż żuje, jest tu bardzo popularne.
czwartek, 16 lutego 2012
Salta i Cachi - w poszukiwaniu diabła
Różnice miedzy tą częścią Argentyny a resztą widać od pierwszego rzutu okiem. W końcu to wygląda jak Ameryka Południowa. W końcu jakaś kultura. Ludzie są ciemniejsi o urodzie typowo indiańskiej i ceny lecą na łeb na szyję (empenada 1.50!!) Podoba nam się. Tylko waga spasionego argentyńskiego społeczeństwa się jednak nie zmieniła. Na dodatek lądujemy w tej krainie na początku karnawału i jak tradycja tutejsza głosi diabeł wolno sobie krąży po świecie przez czas karnawału i wszystkie występki można na niego zrzucić.
wtorek, 14 lutego 2012
Wodospady Iguazu - wieeeelka woda!!
sobota, 11 lutego 2012
Cordoba - powrót na uczelnię
Co krok kościoły i uniwersytety, podobnie jak w Krakowie ale tylko troszeczkę. I mimo że Argentyńczycy Cordobę opisują w dwóch słowach: kościoły i złoto, to kościoły a także uniwersytetu są tu o wiele skromniejsze niż w Kraku. Eh bogactwa polskich kościołów bynajmniej za chlubę narodu nie uważam ale idzmy dalej. W ścisłym centrum miasta znajduje się wszystko co jest godne uwagi i wszędzie jest blisko. Zatrzymaliśmy się w Mundo Nomades hostel za namową poznanych Włochów.
piątek, 10 lutego 2012
Mendoza - uwaga pijani rowerzyści! :)
Samo miasto mało ciekawe. W sumie nieciekawe. Zostajemy tu bardzo krótko. Spacer po mieście i wylegiwanie się w olbrzymim parku San Martin to tyle. Mimo słabych atrakcji czas płynął nam tu bardzo miło z powodu drobnych ale licznych miłych incydentów z tutejsza ludnością. Poprawiło nam to humor po ponownym szoku cenowym w Argentynie. Eh jeśli ktoś wciąż myśli że Chile jest droższe to grubo się myli.
czwartek, 9 lutego 2012
Valparaiso - kolorowo mi
W Valpo dzień nam minął niesamowicie przyjemnie na bezcelowych spacerach po kolorowych uliczkach. Bo jakiego celu szukać w Valpo? Może tylko wdrapać się na jedno z licznych wzgórz po których pną się kolorowe osiedla by znaleźć idealną panoramę na ten cud Chile. Przeplątaliśmy się od dworca poprzez jedno wzgórze na którym znajduje się dom Nerudy później jeden skwer dalej znów wzgórze; plac z marketem; port... aż przysiedliśmy sobie gdzieś na schodkach z ładnym widokiem na okolicę i tutejsze życie sączac leniwie zimne piwko.
środa, 8 lutego 2012
Santiago - spotkanie po latach
sobota, 4 lutego 2012
Zjazd na pupie z wulkanu Villarica
W sumie wcale nie miałam zamiaru się wspinać, ale tak każdego dnia patrzyłam na ten ośnieżony dymiący szczyt, że nie wytrzymałam. Po festiwalu jazzowym i kilku godzinach snu zbieramy się o 4:30 rano by skompletować sprzęt. Jest nas piątka plus dwoje przewodników. Dostaliśmy cały ekwipunek na wspinaczkę: kurtkę; spodnie, stuptuty, latarkę, czekan, raki, rękawiczek pary dwie, kask i jeśli ktoś nie ma - buty także może dostać. Wchodzenie zaczęliśmy o 5.30, a po półtorej godziny i przerwie śniadaniowo-zdjeciowej zaczęliśmy wchodzić po śniegu. Do pokonania w całości jest 1400 metrów różnicy wysokości.
Pucon - na skraju szaleństwa
Subskrybuj:
Posty (Atom)