sobota, 13 sierpnia 2011

Hoi An-rozkosznosc w sercu Wietnamu

W tym małym miasteczku można zakochać się od pierwszego spojrzenia. Po prostu urocze. Wśród niskiej kolorowej zabudowy znajdujemy setki przyjemnych knajpek, sklepików i krawców, u których można zamówić szyty na miarę garnitur, europejską czy azjatycką sukienkę za naprawdę grosze. Gotowe w ciągu jednego do dwóch dni.

piątek, 12 sierpnia 2011

Hue - miasto, w którym zaczyna się kochać Wietnam

Hue, które było stolicą Wietnamu od początku XIX wieku do 1945, a obecnie jest centrum kulturalno-religijnym, jest tak naprawdę miasteczkiem dość skromnym. Nie można tu jednak narzekać na nudę ani na brak atrakcji. I ludzie tutaj już inni. Nikt bezczelnie nie rzuca za wodę ceny 20 tys. Każdy jest miły i pomocny. Aż przyjemnie siąść na plastikowym krzesełku na chodniku wokół gara zupy i pogawędzić z kucharką.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Halong Bay - gdzie marzenia zabija brutalna rzeczywistosc

W końcu bus przyjechał i jedziemy. Poczytałyśmy o tych wszystkich machlojkach i zamęcie w zatoce, ale to cośmy tam zastały i przetrwały przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Gdyby nie ludzie z którymi przyszło nam dzielić niedolę, nie wróciłybyśmy uradowane. Program zmienił się już na wstępie, choć nieznacznie: robimy go od tyłu; później już było coraz gorzej.

sobota, 6 sierpnia 2011

Hanoi-miasto miliona skuterow
6.08.11 Udało nam się dostać na tzw. Old Quoter (po naszemu Starówka), znalazłyśmy hostel polecany przez poznaną w Sapie Yve, Green Backpaker hostel. Zaraz przy katedrze Saint James. Nasz dorm na sameeeeej górzeee ;-(( uffff. Po szybkim ogarnięciu się wychodzimy na miasto, a tuuuu jakby młotkiem w głowę, życie Hanoi przypomina wieczna walkę o miejsce na ulicy, na chodniku, jedzenie, klienta. Wszędzie tłoczno i głośno. czytaj wiecej na ourownadventure


Sapa -kulturowa uczta
4.08.11 Sapa... sympatyczne miasteczko w stylu kolonialnym. Francuzi zostawili po sobie nie tylko architekturę, ale także bagietki i kafeterie. Jest niezły targ z owocami,warzywami i garkuchniami, mnóstwo hoteli, guesthousów i restauracji z zachodnim jedzeniem. Samą miejscowość można przejść w ok. 30 min., a dalej wioski, pola ryżowe i coraz bardziej tropikalny las. czytaj wiecej na ourownadventure


Good Morning Wietnam!
3.08.11 Przekraczanie granicy chińsko-wietnamskiej to czysta przyjemność, szybko, sprawnie i bezboleśnie. No ale w momencie kiedy wyszłyśmy z wietnamskiej kontroli paszportowej zaczął się inny świat, inny niż chiński. Hmmm jak tu się dostać na dworzec kolejowy w Lao Cai, żeby złapać busa do Sapy??? no problem. czytaj wiecej na ourownadventure

wtorek, 2 sierpnia 2011

Chiny praktycznie

Waluta: 1 yuan, 1$-6.2 yuana,1 euro-9,3 yuana
Język: chiński, angielski bardzo rzadko
Zaznaczamy, że to był lipiec i ceny jak zawsze w sezonie były wyższe niż zwykle.
Średnia wydatków na dzień na jedną osobę 15 euro (na 34 dni pobytu) i dodatkowo wiza wyrabiana w Ulaan Batar 30$ (rush visa jeszcze 30$), koszty przejazdu przez granicę: 55Y (patrz niżej).

Transport:
Przejazd przez granicę mongolsko-chińską 50 yuan, opłata za obsługę przy chińskiej odprawie 5 yuan

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Chiny -relacje

Granica mongolsko-chinska; jazda bez trzymanki
29 czerwca
Jak przekraczać granicę to z fasonem, niestandardowo, z piskiem opon i hukiem fajerwerków. Dzień wcześniej zapakowaliśmy się do pociągu relacji Ulaan Batar - Zamyn Uud. Po 15 godzinach jazdy dotarliśmy do granicy mongolsko-chińskiej. I zaczęło się.Ostra jazda bez trzymanki. Dosłownie! czytaj dalej na ourownadventure
Klasztor Wudang
30 czerwca
Cholera zaspaliśmy... Zamiast o 4:00 - zerwaliśmy się o 4:30. W kilka minut spakowaliśmy plecaki i szukamy taxi. To wyzwanie o tak wczesnej porze. Jakaś masakra! Prywatny samochód zatrzymuje się... i małżeństwo proponuje nam podwózkę na dworzec. Łapiemy stopa w Chinach! Niewiarygodne! Okazało się, że kobieta mówi po rosyjsku. Boskoooo! czytaj dalej na ourownadventure

W miedzyczasie...
Nie odzywamy się ostatnio, ale mamy tu problemy z chińską polityką internetową i żadne produkty Googla oraz Facebook nie działa. Dlatego kiepsko na razie z relacjami, a tym bardziej z załadowaniem zdjęć.
Jeśli gmail się otworzy od czasu do czasu - to i tak cud. Korzystamy już z programików, które pozwalają obejść złotą tarczę chińskiej cenzury, ale nie wszystko na tym działa poprawnie albo działają tylko podstawowe funkcje. Eh! Trzeba być tu baaardzo cierpliwym. Dodatkowo ulewne deszcze spowodowały zamknięcie drogi do Kunmingu i Litangu. Możliwe, że będziemy zmuszone zmienić planowaną trasę i zrezygnować z przejazdu przez malowniczą Syczuan - Tibetan Highway i próbować dojechać do Shangri-la od południa. Informujemy, że żyjemy, wszyscy mają się dobrze, chińskie żarcie jest pyszne mimo tego, że nie wiemy, co jemy (i niech tak zostanie), a hotele coraz bardziej luksusowe za tę sama cenę. Trzymajcie za nas wszyscy kciuki. Pozdrawiamy spod Emei Shan z hostelu Teddy Bear.
Yinchuan
1 lipca
Pociągiem nocnym jedziemy do Yinchuan. Konduktor ustawia nas w odpowiedniej kolejce. Pociąg zatrzymuje się dokładnie tak, że przed nami jest wejście do naszego wagonu. Z pomocą współtowarzyszy podróży znajdujemy nasze miejsca. W środku strasznie ciasno, aż 3-piętrowe łóżka. Na miejscu jesteśmy z samego rana. Pogoda nam nie dopisuje - pada. czytaj wiecej na ourownadventure


Tianshui i Maiji Shan
Przyjeżdżamy autobusem około 5:30 rano. Chwila na zorientowanie się o co tu chodzi i gdzie jesteśmy. Trzeba się obudzić i odświeżyć po całej nocy w autobusie. Robimy szybką rundkę po mieście. Skromnie tu, ale całkiem przyjemnie. Docieramy w końcu do celu, czyli do Fu Xi Temple. Budyneczek ot, taki sobie - za to okolica niesamowita. Pomiędzy kolorowymi pawilonami i wysokimi chińskimi bramami tańczą liczne grupy pań. W jednym koncie grupa ćwiczy Tai Chi. Gdzieś ktoś wymachuje mieczem, kijem czy wachlarzem.czytaj wiecej na ourownadventure



Xiahe -smak i zapach Tybetu
Jadąc autobusem z Lanzhou obserwujemy zmieniający się krajobraz: tarasowe poletka na zboczach wzgórz, lasy, góry porośnięte trawą. Czerwona glina tutejszej ziemi miesza się z różnymi odcieniami zieleni. Droga wije się doliną i tak docieramy do tybetansko-wygladajacego miasteczka Xiahe. Jedna główna ulica, mnóstwo sklepików knajpek, hotelików, sympatyczni i otwarci ludzie w kolorowych strojach. czytaj wiecej na ourownadventure

Klasztor Labrang- Xiahe
Jeden z największych klasztorów. Zamieszkuje go ok. 1200 mnichów. Wybrałyśmy się na zwiedzanie we trzy (ja, Emilka i Asia) i od razu znalazłyśmy towarzysza wycieczki: chłopak z Mongolii, nasz samozwańczy przewodnik także po buddyjskich zwyczajach. Wręczył nam plik drobnych i wędrowaliśmy drogami pielgrzymów, pozostawiając banknoty pod stupami, posągami Buddy i poprzednich lamów. Dzięki naszemu przewodnikowi zdobywamy zdjęcia z mnichami. W końcu jeden dołącza do naszej ekipy. czytaj wiecej na ourownadventure

Langmusi
Na pierwszy rzut oka ot taka wioska otoczona górami.
Po Xiahe to już nie robi wielkiego wrażenia. W głębi wsi jednak odkrywaliśmy coraz bardziej klimatyczne i piękne miejsca.
Nad miastem górują dwa kompleksy świątyń.
Jeden udało nam się zwiedzić za darmo wchodząc od tyłu po obejściu całego wzgórza. czytaj wiecej na ourownadventure


Songpan i podroz na tysiac klaksonow
9 lipca
Z Xiahe autobus zabrał nas spod hotelu o 6:30, głośno klaksonem oznajmiając swoje zbliżanie się, postój i odjazd.
I tak przez cale miasteczko.I tak w każdym miasteczku na całej trasie... Ech! To i tak mało.W Chinach trąbi się wszędzie i zawsze. Kierowcy wręcz z lubością cisną w swoje trąby. Tutaj chyba je tuningują! Dziwię się, że jeszcze nie ma różnych melodyjek jak na dzwonki do komórek. czytaj wiecej na ourownadventure

Park Narodowy Jiuzhaigou, czyli nad Morskie Oko po chińsku
10 lipca
Kolejna serenada klaksonów dowozi nas pod bramę parku. Spodziewałyśmy się tłumów, ale nie aż TAKICH! I do tego jeszcze pada. Ech! Całą szóstką pakujemy się do parkowego autobusu i jedziemy do pierwszej atrakcji. Jeśli ktoś myśli, by zaoszczędzić 90 Y i nie kupić biletu, niech pomyśli jeszcze raz. Tu odległości między atrakcjami są olbrzymie. czytaj wiecej na ourownadventure


Chengdu
11-13 lipca
Ponad czteromilionowa stolica Sichuanu okazała się bardzo przyjaznym miejscem. Mimo wielkich wieżowców i wręcz europejskich standardów miasto zachowuje ciepły azjatycki klimacik. I jest mimo wszystko - jak na Chiny - spokojne. W porównaniu do miast na północy jest także czysto. Zanika już tu w Siczuanie tradycja wyrzucania śmieci na ulicę, podłogę, w autobusie itp. tak typowa w miastach, które widzieliśmy po drodze. Niedaleko za dworcem znaleźliśmy Trafik Hostel, ale żądali nienormalnych cen za łóżko w dormie. czytaj dalej na ourownadventure

Emei Shan
13-16 lipca
Wznosząca się na wysokość 3077 m jedna z czterech słynnych gór buddyjskich w Chinach. W gęstym lesie ukrytych jest mnóstwo świątyń, a po ścieżkach hasają tybetańskie makaki. Na szczyt prowadzi parę ścieżek wyłożonych betonowymi schodami, a tych schodów jest trochę gdyż wspinaczka zaczyna się od około 550 m. n.p.m. Przed odważnymi ponad 2500 m w górę.Jeszcze czuję moje nogi. Auć! czytaj dalej na ourownadventure

Do miasta Leszan mamy niedaleko, więc bagaże zostawiamy w Emei town. I tak stąd mamy pociąg do Panzhihua. Trasa została zmieniona, ponieważ droga przez Kanding i Litang jest nieprzejezdna z powodu ulewnych deszczy. Jest to część Tibetan Sichuan Highway, która jest w bardzo kiepskim stanie, jednakże jest trasą bardzo malowniczą. Będziemy starać się dostać do Shangri-la od południa. Tymczasem Bartek postanowił udać się do Tybetu. czytaj dalej na ourownadventure

Lijiang
Centrum chińskiej turystyki, malowniczo położone wśród gór, podzielone jest na nowe i stare miasto. Choć stare to tylko z nazwy i trochę na stare zrobione. Taka już moda na budowanie starówek w każdym mieście. Dostajemy się tu busem z dworca i szukamy noclegu. Zaczyna się nieciekawie, ale mamy jeszcze parę tanich opcji z przewodnika. czytaj wiecej na ourownadventure

Shangri-la
Kiedy odkryto, że niewielkie miasteczko Zhongdiam posłużyło za pierwowzór Shangri-la w powieści "Zaginiony horyzont", szybko zyskało na popularności i rozrosło się w zawrotnym tempie. W 2007 roku nazwę oficjalnie zmieniono. Etnicznie przynależące do Tybetu miasto położone jest na wysokości 3300 m. n.p.m. pomiędzy malowniczymi górami. Dla nas to już nie problem. Do wysokości przyzwyczailiśmy się w Xiahe i Langmusi. ale inni łapią tu bardzo szybko zadyszkę. Okolica obfituje w niezliczone możliwości trekkingowe - oczywiście w odpowiednich cenach. czytaj wiecej na ourownadventure
Wawoz skaczacego tygrysa czyli do you nida horsa
Rano już nie padało, ale do wąwozu pojechaliśmy zaciskając kciuki by pogoda się utrzymała i żeby nas do wąwozu wpuszczono, ponieważ z powodu bezpieczeństwa szlak po ulewach jest zamykany. Później przyszło nam się przekonać dlaczego. Pogoda udała nam się wyśmienicie. Było gorąco. Aż za gorąco. Duże plecaki zostawiłyśmy zaraz za bramą w Jane's GH za free. Po paru krokach asfaltem pan na czymś osłowato-koniowatym wskazał odbicie na szlak, po czym poszedł za nami. I tak już z nami pozostał.czytaj wiecej na ourownadventure


DALI!!! ah Dali Dali
Oryginalnie "funky banana-pancake backpacker hang-out in Yunnan", jak pisze Lonely Planet, było miejscem do wyluzowania się, wciśniętym między góry a jezioro Erhai. Po prostu bajkowo! Albo raczej nie - bo nie ma w tym miejscu nic słodkiego czy uroczego. Tylko surowa prostota i wręcz bezczelna wolność, która sprawia, że ludzie z całego świata decydują się tu zostać na parę miesięcy, lat, a nawet na całe życie. Najazd dość oryginalnych białych, którzy odkryli tutaj miejsce dla siebie, sprawił, że Dali żyje dziką mieszaniną kultur. Tego się nie da opisać. To trzeba poczuć, przeżyć, przepić... czytaj wiecej na ourownadventure



Kunming i Shi lin
W stolicy prowincji Yunnan jesteśmy zmuszeni zostać parę dni ze względu na czas wyrabiania wizy do Wietnamu. Magda znalazła nam bardzo przyjemny hostel: The Hump, położony w samym centrum przy wielkich pawilonach i galeriach. Na tarasie można się zrelaksować i podziwiać tańczące na placu poniżej grupki. W nocy okolica rozbłyska kolorowymi neonami. Jak to w Chinach bywa, znalazł się nawet targ z jedzeniem. czytaj wiecej na ourownadventure

Tarasy ryżowe Yuang yang
Do miasteczka położonego niedaleko kompleksu tarasów zajechałyśmy autobusem sypialnianym około 5 rano. Pozwolono nam pospać jeszcze do około 7. Minibusikiem zajechałyśmy pod kasę biletową i rozgościłyśmy się w Fotograph hotel naprzeciwko. Spod prysznica w pokoju cudny widok na okolicę. Właścicielka poleciła nam, co najlepiej zobaczyć i jak zrobić  by najmniej zapłacić. I najważniejsze - kuchnia w hoteliku wyśmienita!! Bakłażan rozpływa się w ustach. czytaj dalej na ourownadventure

sobota, 30 lipca 2011

Chiński Transport

Często ludzie pytają, jak poruszałyśmy się po Chinach. Także wiele historii słyszałyśmy na temat kupowania biletów, zwłaszcza historii nieprzyjemnych. Że ktoś nie mógł się dogadać, że kolejki straszne, że nie zawsze się da bilet w hotelu zamówić, a jak już się da - to jest drogo itp. Wiadomo, że bilety na popularne pociągi trzeba kupować wcześnie i często już trzy dni wcześniej biletów nie ma.

piątek, 1 lipca 2011

Mongolia -relacje

Ulaan Batar 
 W UB byliśmy około 19:30. Poznany w autobusie facet zaprowadził nas do centrum czyli placu Suhaabatar. Na nim znajduje się parlament. Do UB Guesthouse trafiliśmy bez problemu. Od razu zaczęliśmy dowiadywać się o objazd Mongolii. Drogo - 900$ za osobę i bez koni, wielbłądów. Jutro idziemy na poszukiwanie lepszej oferty. Hostel dobry, czysty, tylko ciasny. Menadżerka wręcz pedantyczna, a właściciel z zapędami agenta specjalnego CIA... czytaj wiecej na ourownadventure


I tak międzynarodowa ekipa - nasza trójka z Polski, Imbi z Australii, Kris z Anglii i Alen z Francji - wyruszyliśmy w Mongolię. Pierwszy dzień, wszyscy podekscytowani wsiadamy do naszego vana. Żadna trasa nam niestraszna, byleby w step. Wszystko jest nowe i zachwycające. Mimo, że wokół pusto i tylko samotne drzewo pojawi się od czasu do czasu albo przetoczy się leniwe stado wychudzonych krów. I nagle w zupełnym pustkowiu wyrasta świątynia. czytaj wiecej na ourownadventure


Jezioro Khovsgol
9-11 czerwca.
Droga zaczyna się coraz bardziej dłużyć. Asfaltu oczywiście nie ma już od stolicy, więc nasze pośladki obite są z każdej strony i już nie wiadomo jak się ułożyć. Mimo kapcia łapanego średnio 1.5 na dzień, którego nasz kierowca potrafi wymienić w zawrotnym tempie, posuwamy się wciąż naprzód. Praktyka czyni mistrza. Iszka potrafi wyczarować wspaniały obiad z niczego w szczerym polu. Dobre jedzenie, ciepła kawa i jabłkowa herbata wspaniale podtrzymują morale ekipy. czytaj wiecej na ourownadventure


Do następnego jeziora daleka droga. Podobno półtora dnia. Wszyscy wypoczęci zmierzamy ku dalszej przygodzie. Moim małym prywatnym celem jest prysznic - w końcu. Trasa prowadzi przez malowniczy górzysty krajobraz po coraz bardziej wyboistej drodze. W markecie po drodze Bartek kupuje asortyment na pustynię. Podczas postoju na obiad pokaz mody męskiej. Bawełniane lekkie koszule w tym sezonie i obowiązkowo wywietrzniki na pośladkach panowie!
czytaj wiecej na ourownadventure


Na lunch stajemy przy dość malowniczym kanionie. Iszka tworzy swoje cuda, a my zwiedzamy. Orły kołują nad naszymi głowami. W pobliżu znajdujemy olbrzymie ovoo. Na noc rozbijamy namioty u stóp skalistego, niewysokiego masywu. W zagłębieniu jednej ze ścian znajdujemy liczne gniazda małych ptaszków. W pobliżu pasie się duże stado kóz, koni oraz jaków. Zwierzęta podchodzą coraz bliżej do naszego obozu, a w końcu niepostrzeżenie jeden jak zaczyna przeżuwać namiot Krisa i Imbi. Po kolacji Bartek wyciąga nas do pobliskich gerów pograć w kosza. czytaj wiecej na ourownadventure


Woda! Dużo wody! Jeszcze nie w pełni rozpakowani - tylko ręcznik, kosmetyczka, w rękę pusta butelka, wanienka od gospodarzy i biegiem nad rzekę. Stojąc w stosie prania, na wpół rozebrani, z mokrymi czuprynami i gęsią skórką od przejmującego wiatru, łapiemy chwilę by się zorientować, jak to miejsce jest cudne. Nie jest już też nam straszna zimna woda. Na moją głowę wystarczy półtorej butelki. Skok po następną butlę i płukanie.czytaj wiecej na ourownadventure


Dune's riders - Gobi Khongoryn Els                                           Powoli wycieczka dobiega końca. Teraz to, na co wszyscy czekamy ze zniecierpliwieniem - Gobi. Moje dziecięce marzenie. Z zaniepokojeniem słuchamy nowiny, że na pustyni pada od dwóch dni. Z drugiej strony to coś niewiarygodnego. O poranku, który dzięki nieprzemijającemu optymizmowi Marty stał się jeszcze przyjemniejszy, wymieniamy się adresami z Krisem i Imbi wracającymi do UB. W trakcie jazdy Stiven zaopiekował się moimi stopami, a wieczorkiem Magda poddała się kompleksowym zabiegom na mięśnie pleców. Kto powiedział, że w Mongolii nie ma luksusów? czytaj wiecej na ourownadventure

 Lodowiec na polach mięty i szczypiorku - Yolyn Am 'Vulture's Mouth'
Kierujemy się na wschód wzdłuż pasma wydm. Niska, ale nieskąpa roślinność pustyni obfituje w wiele okazów kwiatów i ziół rosnących kępami na pomarańczowym piasku. Jeszcze przed największymi upałami pustynia żyje, kwitnie i pachnie. Co chwila spod nóg ucieka mały przerażony gekon. Po lunchu wjeżdżamy w malownicze dolinki. Cudo rosyjskiej motoryzacji pod pewną ręką Torgo przemierza wąskie kręte przesmyki między wysokimi ścianami kanionu. W końcu dojeżdżamy do zakazu wjazdu i tu zaczyna się nasz spacer. Idziemy wzdłuż potoku co chwila przeskakując po kamieniach z lewej na prawo. czytaj wiecej na ourownadventure

Płonące klify bayanzag czyli poszukiwanie żółwia na pustyni
Jak każda historia z Mongolii i ta zaczyna się od In the middle of nowhere... No właśnie - gdzieś na zupełnym pustkowiu wyłaniają się czerwone skały. To tutaj znaleziono wiele szczątków dinozaurów i skorupy ich jaj. U podnóża - stoiska z pamiątkami i mały ger z napisem muzeum ale zamknięty. Iszka wskazuje nam na horyzoncie jasną linię gerów. Po zejściu mamy iść za drogą (czyt. śladami kół samochodów) aż dojdziemy do wielkiego żółwia w campie turystycznym, a nasze gery będą kawałek dalej. OK! czytaj wiecej na ourownadventure

Mongolskie klimaty - pożegnanie
Przed nami ostatnie niecałe dwa dni drogi. Ach, szkoda opuszczać ciągnące się bez końca stepy, wolno biegające konie i inne zwierzęta, ptaki nurkujące za naszym wanem w poszukiwaniu wyrzuconych kości. Przed oczami przelatują wspomnienia płonących o zachodzie wydm, szemrzących wodospadów i zamarzniętego jeziora. I ludzi zawsze uśmiechniętych i gościnnych jakże będzie brak! czytaj wiecej na ourownadventure


Granica mongolsko-chińska czyli terenowy wyścig w stronę tęczy
29 czerwca
Jak przekraczać granicę to z fasonem, niestandardowo, z piskiem opon i hukiem fajerwerków. Dzień wcześniej zapakowaliśmy się do pociągu relacji Ulaan Batar - Zamyn Uud. Po 15 godzinach jazdy dotarliśmy do granicy mongolsko-chińskiej. I zaczęło się.Ostra jazda bez trzymanki. Dosłownie! czytaj wiecej na ourownadventure


Info praktyczne z Mongolii:
Waluta: tugriki - 1250 MNT - 1$
Bankomaty dla kart visa ogólnodostępne w Ulaan Baatar, pojedyncze dla mastercard między innymi na 5 piętrze Department Store. Dolary można wypłacić w bankach z 1% prowizją za okazaniem paszportu.
Angielski bardzo popularny w miastach, wiele napisów po angielsku.
Podsumowując: na 25 dni pobytu w tym 20 dni wycieczki, średnie dzienne wydatki wyniosły 26 EUR.
Ulaan Baatar:
Wyżywienie:
huszury (pieróg z mięchem smażony na głębokim oleju) od 400;
wielki talerz mięcha warzyw i ryżu od 2000 wzwyż.
W miastach piwko w sklepie od 1000 nad Khovsgol 1800, przy klifach 1500, a w żółwiu na pustyni 2500.
czytaj wiecej na ourownadventure



Mongolia praktycznie

Waluta: tugriki -1250 MNT - 1$
Podsumowując: na 25 dni pobytu w tym 20 dni wycieczki, średnie dzienne wydatki wyniosły 25,2 EUR.
Bankomaty dla kart visa ogólnodostępne w Ulaan Baatar, pojedyncze dla mastercard między innymi na 5 piętrze Department Store. Dolary można wypłacić w bankach z 1% prowizją za okazaniem paszportu.
Angielski bardzo popularny w miastach, wiele napisów po angielsku.

czwartek, 30 czerwca 2011

Kijow-Rosja praktycznie

Kijów - Ukraina
Waluta: 10$-79 UAH
Język: ukraiński, rosyjski, angielski - bardzo rzadko,  głównie wśród młodzieży.
Transport: marszrutki 2,5 UAH - płatne u kierowcy, metro 2 UAH - plastikowe żetony do zakupienia na każdej stacji metra w automacie lub kasie.
Dojazd z lotniska Żuliani do Majdanu Niezaleznosti: marszrutka 213 (jeżdżą bardzo często, nawet w niedziele) do stacji metra Szuliawskaja. Stąd bezpośrednią linią lub taxi ok. 40 UAH
Wyżywienie: np. w samoobsługowym barze Pużata Chata (koło Majdanu) pełny obiad od 20-30 UAH
W sklepie: kefir litr 11UAH, woda 1.5 l - 5.5 -7 UAH, przyzwoite wino 40-70 UAH, chleb 4-5 UAH.

Rosja